Kolor numer siedemniaście
Jeden wiersz jest jak jeden cukierek, pojedyńcza lamka koloru. A to oznacza, że ludzka codzienność jest obsypana różnymi wierszami. Całkiem miła myśl.
Jedna z moich ostatnich takich plamek to nowy rekord: 47.2 kg. Strasznie się cieszę, bo to największa moja masa od ponad roku. W porównianiu do mojego wzrostu to ciągle pięć kilo niedowagi, ale zawsze to jakiś krok do przodu. W końcu.
Nadeszły ferie i czuję się świetnie: mogę wstawać o 9, jeść śniadanie w piżamie, a po 12 już sobie podgrzać obiad. Wchłaniam jak gąbeczka nową muzykę, karmię się magicznymi zdjęciami i haiku, i tarzam w puszystym śniegu, który na szczęście nie wszędzie podtopniał, a potem zamarzł na litą skałę. Och, ach.
Wróciłam do rysowania, o ile można tak nazwać jeden wieczór męczarni nad oddaniem postaci Nat, gadającej do Tima, który idzie przed nią. Strasznie, jak daleko odleciał mój ołówek.
A pióro? Na razie leży i drży w pogotowiu. Studiuję powolutku codzienność renesansową i szukam ciekawostek w różnych wierzeniach, ostatnio natknęłam się na aborygenów. Potrzebuję tego do mojej krainy Eviena i Tilvy, ale to jeszcze trochę, by nabrała kształtów. Poza tym, mam jeszcze naszą stronę rzeczywistości, i jej też trzeba się przyjrzeć. Patrząc na tempo w jakim to dojrzewa, to może być coś dobrego. Mam nadzieję.
Kolor numer siedemnaście jest jeszcze niewyraźny, blady i pachnie bardzo delikatnie. Ale pachnie czymś dojrzalszym niż poprzedni, jest mniej naciapany. Chciałabym się w końcu pozbierać w sobie, spojrzeć w lustro i móc naturalnie, tak by to było całkiem na miejscu, powiedzieć do siebie "za rok będziesz dorosła".
I w końcu nowy wygląd. Nareszcie znalazłam właściwe słowa.
mała filozofia
Ostatnia lekcja z "Dżumy" to był istny maraton.
Filozofia, którą do tej pory starałam się uprawiać, to akceptacja wszystkiego, zero stresu, i wiara w harmonię rzeczywistości - że wszystko, co mnie spotyka, jest mi potrzebne, podobnie jest z innymi ludźmi. To jest szczęśliwa filozofia. Daje prawdziwy spokój i wiarę w Boga.
Ale to jest takie wylecenie poza człowieka, myslenie wychodzące jakby poza człowieczeństwo, jeżeli wiecie, o czym mówię. Gdyby wyobrazić sobie istotę człowieczeństwa jako człowieka otoczonego murem, który jest jego naturą, to myślenie powyżej jest jakby wzlatywaniem nad ten mur. Ciągle się jest w jego obrębie, nie możemy naszej natury przezwyciężyć, ale ten człowiek wcale nie chce z tym murem walczyć, tylko popatrzeć na niego i się z nim zaprzyjaźnić, co go od niego paradoksalnie oddala. Prościej? Zdrowo jest się czasem np. pokłócić z Bogiem. Wkurzamy się, że przydarza nam się coś niesprawiedliwego i wydrzemy się na Niego. Jest to zgodne z naszymi uczuciami, naszą naturą. Ale taki wrzask na Boga pozwala nam potem odetchnąć, i przyznac mu rację. A przyjaciół można poznać po tym, ile razy się pogodzili.
Ta moja filozofia jakby nie pozwala się z Bogiem pokłócić. Bo ja wierzę, że cała niesprawiedliwośc jest mi potrzebna. I nie mam powodów, by na Boga krzyczeć. Ale przychodzi taki moment, że jest się tym już po prostu zmęczonym. Nie mówię tu o naprawdę tragicznej sytuacji, bo to człowieka przełamuje. Ale o nagromadzeniu trudu codziennej niesprawiedliwości, gdzie po pewnym czasie cała ta idea gdzieś ucieka, przestaje się wydawać prawdziwa, jest odległym snem. I to się nie dzieje z dnia na dzień. Pewnego dnia ze spokojem zdajesz sobie sprawę, ze to się działo w Tobie już od dawna.
To jest właśnie ten mur, w którego obrębie jednak ciągle jesteś, nawet jeżeli w powietrzu, nad ścianami. Nawet górą się ich nie przeleci. I się spada. Tylko tak właściwie nie wiem gdzie.
Kiedy się jest na równi z murami, to można poobklejać je ładnymi obrazkami, rozsiąść się w fotelu i mieć wszystko gdzieś. To jest wygodne i wydaje mi się, że właśnie taki opis charakteryzuje dzisiejszą większość (na szczęście ciągle tylko większość). Takie lenistwo umysłowe i nie poznawanie siebie.
Można też zachować się inaczej, jak bohaterowie "Dżumy". Godnie. To znaczy po pierwsze znać siebie. Tu nie ma miejsca na lenistwo umysłowe, ani na wzloty. Bo tu się zna siebie niesamowicie dogłębnie i widzi się prawdziwą nasza naturę - mur. I co ważniejsze, nie ogląda się z góry, ale stojąc obok. I widzi się całe zło i dobro w sobie i nie patrzy się na to obiektywnie. Tylko subiektywnie, oczami człowieka, który postawiony został na równi z murem i to jest jego naturalna pozycja. Bo my się uczymy obiektywności, naturę mamy bardzo subiektywną. Najlepiej sie przyjżeć małym dzieciom.
Mur to prostolinijność - subiektywne człowieczeństwo. Patrzeć na ten mur, przyglądać mu się, to odczuwane człowieczeństwa najmocniej jak się da. Wydaje mi się, że to jest punkt wyjścia do wielu postaw. Można wierzyć w Boga, można Go odrzucić. Można wybrać zło, lub dobro, dotknąć jasnej, lub ciemnej ciegiełki.
"Dżuma" pokazuje ludzi, którzy stali właśnie w takim miejscu. Widzieli takie nieszczęścia, które nie pozwoliły im już wierzyć w Boga. Ale nie akceptowali zła. na tym polegała ich godność. Jeżeli godność jest najbardziej człowieczym byciem człowiekiem, to zakłada nienawiśc do zła drugiego człowieka. Mamy naturę egoistyczną, ale nie na tym polega człowiecy wzór, ideał. Wszyscy marzą, bys żyć z osobą, która jest bezinteresowna i będzie nienawidzić zła, które będzie nas dotykało, będzie nas przed nim bronić. Staranie się być takim człowiekiem, to miłość do innych ludzi. A miłość jest w nas najpięknięjsza i najsilniejsza. Być może dlatego, ze jest naszą najgłębsza i najprawdziwszą częścią? Tym jest godność.
A więc postawa bohaterów "Dżumy" polegała na widzeniu muru, na bycie człowiekiem już tak głęboko, że nie akceptowało się zła, czarnych ciegiełek. Ale ponieważ poza miłością jest w nas wpisane zło, jesteśmy boleśnie niedoskonali, Ci bohaterowie, a konkretniej Tarrou i Rieux, wyobrali nieustanną walkę z murem. Ta filozofia życia nie daje żadnego spokoju, nie czyni szczęśliwym, ale jest najadogłębniej ludzka.
Można też oczywiście stać na poziomie muru i wierzyć w Boga. Tylko, ze to jest równie niemal trudne. Człowiek nie jest w stanie takiego Boga zaakceptować, natura i subiektywność człowieka na to nie pozwala, kiedy widzi tragedie tego świata, jak i codzienne zło. Ale musi uwierzyć że jest w tym jakiś sens. Bezgranicznie zaufać, zostawić całą swoją ludzką wściekłość, czego oczywiście nikt nie będzie potrafił i będą kłótnie z Bogiem. Wiara w Boga w punkcie na równi muru jest sprzecznością, z która całe życie się można zmagać. Ale daje chwile szczęścia.
Z tej perspektywy moja filozofia, wiara w harmonię, jest swego rodzaju oszustwem, dostarczaniem sobie dowodów na wiarę w Boga. A przecież jak sa dowody, to nie ma wiary, jest wiedza. A przed śmiercią do wiedzy o Bogu nie jesteśmy zdolni, trzyma nas mur. I spadam, bo wiara w harmonię upada pedzej, czy później, ściagana grawitacją muru.
Bardzo trudno jest ponownie w harmonię uwierzyć. Tak samo, jak bradzo trudno jest ponownie walnąć w mur i ponownie pogodzić się z Bogiem. Człowiek jest skazany na sprzecznośc i zmaganie się ze swoim życiem. Nieustanną walkę. Chyba, ze uciekniemy od tego, obklejając mur obrazkami. Ale czy to właściwie jest życie ludzkie?
rosa-na-teczy 2010-01-16 21:40:48 skomentuj (2)
Biel.
EDIT.12.01. TEKILA, jeżeli chcesz podyskutować, to daj jakieś swoje namiary. Być może subiektywnie, ale zaczyna mnie wkurzać, że wpadasz, wypisujesz swój osąd na temat mojej notki i znikasz. Wiem, ze po to są komentarze, ale Ty na dokładkę oceniasz mnie, mimo, że mnie nie znasz. Nie wiedziałam jak to ubrać w słowa, być może źle to, co chciałam napisać, wyraziłam, dlatego tak poprzednią notkę odebrałaś - zdecydowanie mnie przekoloryzowałaś. I znowu to zrobiłaś, wywaliłaś całą swoją mądrość, którą tak, znam, ale nie w tym rzecz. Jezeli chcesz naprawdę się dowiedzieć, co konretnie kryje się za ostatnimi słowami tej notki, podaj jakiś swój kontakt. Jeżeli nie, to nie oceniaj mnie od razu, i to w katergoriach czarno - białych.
Mięciutko jest na dworze. Jestem strasznym zmarzluchem, a nie dokucza mi to straszne zimno, jak co roku. Na dworze jest mięciutko, bialutko i przyjemnie. Podoba mi się ten śnieg, mimo iż jego ilośc to spory problem.
Byłam dzisiaj u kumpla z podstawówki. Mijaliśmy się w gimnazjum, teraz w autobusach do Lubina. Ale to mijanie się, pogawędki w drodze ze szkoły raz na trzy miesiące wystarczyły, byśmy się zagadli o naszych problemach na kilka godzin. Cieszę się, ze mam takich ludzi koło siebie.
Moja wyobraźnia kręci się ostatnio wokół One Piece, mojego kolorowego i hałaśliwego One Piece, oraz opowiadania. Ale to drugie tak powolutku. Spokojnie, jeszcze to kiełkuje. Ale czuję, że rośnie pomału.
Nawaliłam przed Bogiem. Nawalam tak właściwie cały czas, albo nie wiem, czym jest nawalanie i co się właściwie ze mną dzieje. Chyba znowu Go nie zrozumialam. Zniknęło coś, co myślałam, ze nim jest. I czuję, że chodzę po omacku, staram się widzieć jasno w ciemnościach.
Tak, przeczytałam Dżumę. Najpierw poczułam drugie dno, jak w Haibane Renmei. Potem czułam się jak trzyletnia Agatka, oglądającą Króla Lwa - niewiele sensu do niej dociera, ale podoba jej się to. A potem przyszłam na lekcję z polskiego i uświadomiłam sobie, ze owszem, nie zrozumiałam najważniejszego, ale nie jestem znowu takim tumanem.
Tarrou. Zdecydowanie Tarrou. Dlaczego on mi się kojarzył z Luffym, a bardziej z Yoh? Moja wyobraźnia jest wychowana przez Japończyków. Ale lepsze to, niż Amerykanie.
Rózne kawałki składają się teraz na moją rzeczywistość. I być może chwała Panu, że już nie wszystkie sa poplamione atramentem. Ale zaraz, chwila, zastanówmy się, tak właściwie to jakiemu Panu?
rosa-na-teczy 2009-12-24 13:11:59 skomentuj (2)
słuchając Pawlukiewicza
Czuję się trochę jak studentka (wszyscy studenci niech mi wybaczą). Biegam po blibliotekach i niczego nie znajduję, uczę się z każdego miejsca po trochu, mam mnóstwo kolorowych zajęć, niewiele śpię, czuję, ze się lada moment rozchoruję, ale zadowolona z siebie czytam mitologię celtycką i "Atramentową Krew". Rodzina rozwala mi cały rozkład i plan, od ponad tygodnia nie widziałam się z moją przyjaciółką (znowu). Sympatycznie.
Siedząc w busie wkładam słuchwki w uszy, podłączam do telefonu i zamiast zasypiac umysłowo przy tym, co już dawno osłuchałam, włączam jedno z kazań ks. Pawlukiewicza. Rano dzielę się słuchawką ze swoim chłopakiem, potem sama, i po kawałku wycieram sobie tymi słowami zakurzony umysł.
Uff, ach.
Czytam dalej.
rosa-na-teczy 2009-12-05 13:03:56 skomentuj (3)
Kiedy kolory biegną.
Kolory biegną, bo żyją. To proste.
Jeszcze się do końca nie czuję. Jeszcze coś mi ucieka wiecznie, jeszcze pióro, kredki, aparat, gitara nietknięte. Przynajmniej nie po coś ładnego.
Angażuję się. Nie umiem rozmawiać, nie umiem słuchać, nie umiem zaufać. Nie umiem się zebrać w sobie i czas poukładać.
Ale lepiej jest powiedzieć tego, czego się nie umie, niż przedwieśnie pochwalić się za postępy.
Pracuję nad nowym wyglądem.
rosa-na-teczy 2009-11-24 17:52:12 skomentuj (5)
Haiku
Wpatrzeć się w słowa, a potem zamknąć oczy. Poczuć ich zapach, smak, delikatny. I spojrzeć na nie raz jeszcze, od nowa wszystko.
Czytając zbiór haiku.